Wolni i wyzwalający

Wstęp

Czy dziś potrzebna jest Krucjata Wyzwolenia Człowieka? Gdy się sięga po teksty autorstwa założyciela Krucjaty ks. Franciszka Blachnickiego i spogląda się na widniejące przy nich daty, można ulec pokusie odstawienia „krucjaty” na półkę. Napisałem „krucjaty” małą literą, nawiązując do języka słyszanego niekiedy podczas letnich rekolekcji oazowych, gdzie zagadnienie „podpisać czy nie podpisać krucjatę?” staje się niewygodnym dylematem. Cóż, dla „krucjaty” pisanej przez małe „k” chyba już miejsca nie ma. Ustąpiły powierzchowne motywy, które mogły skłaniać do wejścia na kilka lat w krąg oazowych abstynentów. Odszedł daleko motyw niepodległościowy, wszak mamy już Najjaśniejszą Rzeczpospolitą. Trudno wracać do motywu papieskiego, gdyż po dwudziestu latach pontyfikatu cały świat już wie, kim jest „Papa Wojtyla”, a kim jego rodacy znad Wisły. Nie za bardzo można już wstąpić do Krucjaty na przekór „onym”.

Jaki zatem motyw poruszał te rzesze, składające znak decyzji abstynenckiej na stopniach ołtarza ostatniego lata, Anno Domini 1998? Co skłoniło do takiego kroku reprezentantów „pokolenia X” – z lekka konsumpcyjnie i rzeczowo nastawionych do życia młodych Polaków u progu XXI wieku? Co rozpoznali w ciszy swoich serc, gdy dotarło do nich orędzie Krucjaty?

Warto przyjrzeć się oczyszczonym motywom najmłodszych członków tego ruchu. Zapewne wielu z nich podjęło tę decyzję z motywów osobistych, z powodu alkoholowego nieszczęścia kogoś najbliższego. Cenię i szanuję taki krok, gdyż wiem z doświadczenia , że obecność ostentacyjnego abstynenta często powoduje efekt stałej, realnej interwencji wobec uzależnionej osoby. Po latach okazuje się, decyzja dziecka popchnęła ku trzeźwości jego ojca czy brata. Gdyby to jednak było wszystko, gdyby ten motyw dominował, Krucjata zatrzymałaby się w rozwoju. Zbyt często subiektywne oczekiwania zawodzą, a alkohol jest dla bliskiej osoby atrakcyjniejszy niż dobry kontakt z bliskimi. Tego typu „terapia” nie udaje się. Jeszcze bardziej „śliskie” jest traktowanie Krucjaty jako panaceum na chorobę alkoholową, stosowane zamiast terapii. W ten sposób decyzja, do której alkoholik może i dojrzałby po latach odzyskiwania trzeźwości, staje się namiastką i złudzeniem pracy nad sobą. To zatem też nie jest motyw, który utrzymałby Krucjatę Wyzwolenia Człowieka w duchowej kondycji.

Jeśli zatem nie „to” i nie „tamto”, to co? Co jest tym nieustannie bijącym sercem Krucjaty Wyzwolenia Człowieka, co zapewnia jej trwałość i rozwój?

Mam na ten temat, ugruntowaną w ciągu lat obserwacji odpowiedź. To COŚ – to doświadczenie wolności. Paradoksalnie ktoś, kto podejmuje wezwanie Krucjaty jako ofiarę w intencji wyzwolenia innych, sam wchodzi radykalnie w obszar wolności. Doświadcza niezwykle mocno własnej podmiotowości. Jego decyzja, zanim zacznie przekształcać otoczenie , formuje najpierw jego samego. Ktoś , kto zaznał smak wolności, nie wyrzeknie się jej tak łatwo! Na pozór drobna sprawa alkoholowej abstynencji staje się dla wielu ludzi kamyczkiem uruchamiającym ich rozwój w kierunku osobowej pełni, w kierunku wolności. Być wolnym – oto serce Krucjaty. Tę wolność daje Bóg , ale prowadzi do niej całkiem ludzka i możliwa do opisania osobista praca każdego nowego członka ruchu.

Jednym z najbardziej zadziwiających rezultatów Krucjaty Wyzwolenia Człowieka jest uzdolnienie jej członków do podmiotowego działania w wielu dziedzinach życia. Nie tylko w dziedzinie alkoholowych nawyków, choć to przede wszystkim. Z perspektywy bogatego doświadczenia Krucjaty Wyzwolenia Człowieka nasuwa mi się myśl według św. Pawła, który dostrzegł, że całe stworzenie jęczy i wzdycha w bólach rodzenia, oczekując objawienia się synów Bożych (por. Rz 8, 19.22). człowiek nie wyrazi się inaczej jako człowiek, jak tylko będąc wolnym. „Całe stworzenie” można ująć jako otoczenie społeczne, które bacznie obserwuje skutki jednostkowych decyzji. Członkowie Krucjaty w wielu środowiskach stali się objawieniem. Objawili, że można, że życie bez alkoholu jest możliwe, szczęśliwe, satysfakcjonujące i bogate. Nasuwa mi się wyraźna analogia z doświadczeniem Anonimowych Alkoholików. W latach trzydziestych w USA panowało przekonanie, że nie da się wytrzeźwieć, jeśli ktoś już przekroczył barierę uzależnienia. Dla „pijaka” nie było ratunku. Aż do chwili, gdy KILKU osobom się to udało, a był to moment powstania ruchu Anonimowych Alkoholików. Owi „trzeźwi alkoholicy” samymi sobą oznajmili światu, że istnieje droga przekroczenia ograniczeń, droga wyzwolenia.

Ten sam efekt obserwuję w wypadku działania społecznego członków Krucjaty. Ich życie jest krzyczącym dowodem na to, że uświęcone tradycją i obyczajem „konieczności”, „niezbędności”, „nieuniknione zaszłości” są do przekreślenia jednym podpisem na małej karteczce deklaracji KWC. Co się potem dzieje? Inni obserwują, pytają, kuszą, sprawdzają. A gdy członek Krucjaty trwa w swym postanowieniu, zaczynają się zastanawiać, a może by tak żyć na trzeźwo? Krucjata jako ruch bardzo liczny, choć ciągle elitarny, wciąż i coraz bardziej staje się wyzwaniem do zmiany obyczajów. Krucjata Wyzwolenia Człowieka powiększa stale obszar wolności dla konkretnych osób nie będących jej członkami. Na dowód tego wystarczy przytoczyć jedno zestawienie. W ciągu ostatniej dekady odbyło się ponad 5000 wesel bezalkoholowych. W takim weselu zwykle bierze udział ok. 60 – 120 osób. Oznacza to, że około pół miliona osób musiało się osobiście zetknąć z takim przedziwnym zjawiskiem, jak udana, bezalkoholowa uroczystość rodzinna, i to tej społecznej rangi!

Ale eksplodująca siła Krucjaty ukazuje się nie tylko w takich spektakularnych momentach. O wiele częściej przełamanie złych stereotypów dokonuje się po cichutku, w wymiarze małego środowiska pracy czy rodziny. Jest to niezwykle cenne. Mam ciągle w pamięci pewnego majstra budowlanego, który pewnego dnia wkroczył do barakowozu pełnego popijających pracowników z Biblią w ręku, aby im odczytać fragment mówiący, że „pijacy nie wejdą do Królestwa Bożego”. Efekt był piorunujący – brygada otrzeźwiała nie tylko w momencie tego swoistego egzorcyzmu, ale na dłużej.

W końcu ośmielę się złożyć tu bardzo osobiste świadectwo. Otóż przez ostatnie kilka lat miałem do czynienia z problemami alkoholowymi na szczeblu całego kraju, organizując pracę działu profilaktyki Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych. W tej pracy wielokrotnie dochodziło do ostrej walki z gwałtownie działającymi siłami biznesu, polityki, mediów, zmierzającymi do celów całkiem odwrotnych niż trzeźwość Polaków. Zawsze w takich krytycznych chwilach CZUŁEM w jakiś sposób modlitewne wsparcie środowiska Krucjaty. Dodam, że wiele z tych bitew było zwycięskich, choć początkowo wcale się na to nie zanosiło. Tak już jednak jest, że Krucjata Wyzwolenia Człowieka przygotowuje do zwyciężania. Najpierw samego siebie, potem nacisku otoczenia, w końcu wszystkiego tego, co w Piśmie świętym bywa określane jako „świat”.

Zapraszając Czytelnika do wejścia w głąb wspaniałych i aktualnych tekstów Założyciela Krucjaty Wyzwolenia Człowieka, pragnę podzielić się opinią, ze owoce tego dzieła dopiero się ukazują, że jest ono niezmiennie aktualne i prorocze. To dzieło żyje i jest ważne zwłaszcza dziś, gdy ludzka wolność zagrożona jest przez najgroźniejszego wroga – przez samego człowieka. Zatem: nie lękamy się Krucjaty w XXI wieku! Dopiero nadchodzi jej czas.

Krzysztof Wojcieszek

Słowo wstępne do wydania II

W dobie relatywizmu moralnego, któremu jako reakcja towarzyszy czasami postawa domagania się, by inni zmieniali swoje życie, propozycje Krucjaty Wyzwolenia Człowieka są nie tylko aktualne, ale ciągle świeże. Propozycje tej książeczki można by określić słowami: proś Boga, by pomógł zmieniać twoje życie, a pociągniesz za sobą innych.

Krucjata, to kolejne kroki w przemianie myślenia. Najpierw nie mogę pić, bo jestem młody i mój organizm jest bardzo podatny na tę truciznę, następnie nie muszę, bo jestem wolny i mogę być odpowiedzialny za siebie i skutki własnego działania, by w końcu dojść do stwierdzenia: mogę nie pić. Jest przecież tyle innych atrakcji, źródeł radości. W tym kontekście muszę i ks. Franciszka Blachnickiego jest wewnętrznym wezwaniem, wynikającym ze świadomości, że jeżeli chcę osiągnąć cel, to nie mam innej możliwości. Można by powiedzieć, ze mamy tu niejako technologię podpowiadającą, co zrobić, by być wiarygodnym świadkiem wolności, by być dla innych pociągającym przykładem.

Piszę tę przedmowę niejako upoważniony rozmową ze Sługą Bożym, ks. Franciszkiem w Carlsbergu w czerwcu 1986, podczas jego pobytu na emigracji, na pół roku przed śmiercią. Rozmawialiśmy o formacji studentów. Było dla nas oczywistym, że w wychowaniu trzeba zawsze zaczynać od nowa, ale ze świadomością, że coś jednak zostało z poprzednich starań. Nikt z nas nie staje się od razu dojrzałym człowiekiem, umiejącym rozwiązywać wszelkie problemy. Popełniamy błędy, wycofujemy się z dobrych postanowień. Jednak wielką szansą jest możliwość zaczynania od nowa.

Niech drugie wydanie tej książeczki pomoże tym, którzy zaczynają Krucjatę i tym, którzy chcą do niej wrócić.

O wolności człowieka

Żyjemy w społeczeństwie, gdzie nawet prawda, że 2 x 2 = 4 nie jest dla wszystkich oczywista.

Dziś niejednokrotnie dekadencja posunęła się już tak daleko, ze ludzie (a nawet społeczności) negują istnienie obiektywnej prawdy i obiektywnych norm etycznych. Tak zwany pluralizm, pojęty jako neutralność w odniesieniu do prawdy i wartości etycznych, jest przejawem daleko posuniętej dekadencji jakiejś cywilizacji.

W tej sytuacji trzeba podjąć wysiłek, aby przypominać i przekonywać o prawdach, które powinny być oczywiste w ocenianiu człowieka i jego wolności. Trzeba tu sięgnąć do tzw. filozofii zdrowego rozsądku, do norm moralnych, ogólnie przyjętych i stosowanych w życiu codziennym i w prawodawstwie wszystkich cywilizowanych narodów, do danych psychologii i psychiatrii określających model człowieka „normalnego”, do doświadczenia i wartościowania pokoleń utrwalonego w literaturze, do przemyśleń oraz intuicji poetów, myślicieli, ludzi uznawanych powszechnie za wielkich i dobroczyńców ludzkości.
W ten sposób można dojść do ustalenia pewnych podstawowych rysów obrazu człowieka i elementów warunkujących i określających jego wolność.
Przykładowo można wyliczyć następujące elementy bądź cechy, bez których nie można mówić o wolności człowieka.

Wolność jest uwarunkowana u człowieka przez posiadanie światła rozumu i przez świadomość refleksyjną. Wiadoma, że powszechnie nie imputuje się odpowiedzialności za czyny osobom działającym w stanie „zamroczenia”, czy to chwilowego (np. zamroczenie alkoholowe, patologiczne zaburzenia świadomości), czy trwałego (choroba psychiczna), oraz dzieciom przed dojściem do tzw. wieku rozeznania. Tylko działania prześwietlone rozumnym poznaniem i poddane światłu rozumu, i według niego orientowane, są działaniami wolnymi, w nich przejawia się wolność człowieka, istoty rozumnej. W pojęciu wolności osoby zawarta jest pewna zależność, polegająca na dobrowolnym poddaniu się prawdzie lub na uznaniu prawdy poznanej.

Do elementów konstytutywnych wolności człowieka należy również umiejętność rozróżniania dobra i zła, z zasadniczą gotowością czynienia dobra i unikania zła, czyli uznania kategorycznego imperatywu sumienia. Postawa zależności od sumienia, dobrowolnego poddania się jego wymogom, należy więc do wymogów ludzkiej wolności. Dlatego o człowieku opanowanym przez złe namiętności i nałogi mówi się, że jest ich niewolnikiem.

Człowiek jako osoba jest czymś danym przez naturę i zarazem zadanym. Człowiek posiada zasadniczą zdolność kształtowania siebie według poznanych i akceptowanych ideałów, czyli zdolność samowychowania. Jako istota społeczna człowiek może też być wychowywany przez innych. Zaprzeczenie tej zdolności w człowieku jest równoznaczne z zanegowaniem jego wolności i przyjęciem całkowitego determinizmu, genetycznie uwarunkowanego.

Człowiek jako osoba posiada strukturę dialogiczną, przeżywa on siebie jako „ja” w obliczu „ty” drugiej osoby. Może on siebie w sposób wolny określać w relacji do innych osób, może prowadzić dialog z innymi i może siebie, swoja wewnętrzną świadomość, niedostępną dla zewnętrznego poznania, objawiać przez słowo komu zechce. Tutaj, w zakresie relacji międzyosobowych, człowiek przede wszystkim realizuje swoją wolność. Zdolność otwierania się w stosunku do „ty” drugiej osoby wyznacza też zakres wolności danego człowieka. Dlatego o człowieku zamkniętym w sobie, trudnym w kontaktach z innymi mówi się potocznie, że jest człowiekiem „skrępowanym” wewnętrznie.

Najgłębiej istotę wolności człowieka ujawnia to, że potrafi on w sposób wolny uczynić dar z siebie, czyli ofiarować siebie drugiej osobie lub jakiejś ogólnej wartości dobrej i służącej dobru innych. To oddanie siebie musi przy tym cechować się bezinteresownością. Ludzkość zawsze pielęgnowała głęboki szacunek wobec tej zdolności człowieka: czynienia daru z siebie, i stopień bezinteresowności służby był zawsze miernikiem szacunku, podziwu i uznania dla człowieka. Współczesna fenomenologia osoby definiuje ją jako uzdolnienie i przeznaczenie do posiadania siebie w dawaniu siebie. Tę zdolność osoby i tę postawę określa się też mianem miłości – i tutaj to słowo – tak dziś wieloznaczne – występuje w swoim pierwotnym, czystym znaczeniu.

Człowiek został stworzony na obraz i podobieństwo Boga. Wolność jest przymiotem natury Bożej i wiąże się ze stwierdzeniem objawionym w Nowym Testamencie: „Bóg jest miłością”. Oznacza to, że do istoty Boga należy „posiadanie siebie w dawaniu siebie”, że Bóg jest „istnieniem dla”. Łączy się z tajemnicą Trójcy Świętej. Życie wewnętrzne Boga polega na wzajemnym dawaniu sobie siebie poszczególnych Osób Trójcy. Oczywiście, mówiąc tak bardzo upraszczamy. Wystarczy to jednak, aby zrozumieć, na czym polega w swojej najgłębszej istocie podobieństwo Boże w człowieku. Człowiek został w swoim stworzeniu uzdolniony i powołany do istnienia na sposób Boży – to znaczy do posiadania siebie w dawaniu siebie, czyli przez miłość. Wolność zaś warunkuje możliwość czynienia daru z siebie. Wolność człowieka jest również wolnością „dla”, mianowicie dla miłości. Ta miłość zaś ma być realizowana w relacji do Boga i do innych ludzi.

O odpowiedzialności

Musimy się poczuć odpowiedzialni za braci, za cały polski naród, który w niedalekiej przeszłości objawił niezwykłe siły duchowe, ale który nadal jeszcze objawia równie wielkie zagrożenie, bo nadal jest zraniona nasza siła odporna, nadal widzimy skutki kilkudziesięciu lat demoralizacji, zwalczania praw Bożych, otwierania bram dla wszelkiej nieprawości, kłamstwa, namiętności ludzkich. Nieprędko się podniesiemy s tej choroby, nieszybko wyleczymy się z tych ran.

Zło przybrało dzisiaj takie rozmiary, że żadną ludzką siłą go nie zwyciężymy. W sposób wstrząsający uświadomiliśmy sobie istnienie tego zła, kiedy padły strzały skierowane w tego, który jest uosobieniem dobroci, miłości dla świata współczesnego. Kiedy strzały ugodziły Papieża Jana Pawła II, wtedy cały świat stanął w obliczu jakiejś potwornej, niezrozumiałej siły zła, zła zupełnie absurdalnego, nie mającego żadnej rozumnej motywacji, zła, które jest po prostu ślepą siła skierowaną ku zniszczeniu dobra.

Cóż możemy przeciwstawić takiej sile? Jaka siła może ją zwyciężyć? Tylko Chrystus zwyciężył tę potęgę zła. Zwyciężył przez to, że spokojnie, bez nienawiści, bez pragnienia odwetu, w postawie przebaczenia pozwolił, aby to zło na Nim się skupiło. Pozwolił się przybić do krzyża, wypowiadając wtedy: Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą co czynią. Jest to droga wyzwolenia bez użycia przemocy.
To jest nasza droga. To, co się stało w Polsce[w latach osiemdziesiątych], to jest rewolucja duchowa. Polacy znaleźli w Ewangelii, w wierze, w nauce Kościoła, w nauce Papieża drogę wyzwolenia. Drogę, która ostatecznie jest niezwyciężona i która musi doprowadzić do zwycięstwa. Z tej drogi nie można zawrócić. To jest właśnie nasza misja, to jest nasze zadanie: wyzwolić człowieka od tego, co rozkłada wewnętrznie jego duchową moc. Tą siłą rozkładową w naszym społeczeństwie jest alkohol. To musimy zrozumieć. Musimy sobie i innym otwierać oczy, o co tu istotnie chodzi. Jeżeli dzisiaj jest potrzebny Polakom jakiś czyn patriotyczny, czyn wyzwoleńczy, to jest nim czyn abstynencki, rezygnacja z picia alkoholu, odrzucenie trucizny, która rozkłada ducha narodu. To jest czyn patriotyczny. Za takie czyny powinno się dzisiaj nadawać oznaczenia Virtuti Militari i inne podobne.

O drodze wyzwolenia

To jest prawdziwy czyn wyzwoleńczy: wyzwolenie siebie od lęku, od nacisków, od opinii, od zdania innych, słabych braci przez podanie im ręki.
Wyzwolenie od innych uzależnień, od egoizmu, który prowadzi do mordowania dzieci nie narodzonych. Z tym idzie w parze wyzwolenie od lęku: „Nie lękajcie się”, bo tylko lęk nas czyni niewolnikami. Kto się nie boi, ten jest wolny, nawet kiedy znajduje się za kratami więzienia czy w obozie koncentracyjnym. To jest wolność synów Bożych, której nam nikt nie może odebrać, tylko my sami przez – lęk, przez strach.

Wyzwolenie przez prawdę: „prawda was wyzwoli” (J 8, 32). Wyzwoli nas wtedy, gdy będziemy mieli odwagę mówić prawdę, domagać się prawdy, świadczyć o prawdzie, czynić prawdę To jest prawdziwa Krucjata Wyzwolenia. To jest wielkie zadanie naszego ruchu. Trzeba, abyśmy wszyscy odrzucili tę potęgę, która nas zniewala. Wtedy staniemy się silnym, mocnym narodem, który będzie mógł wyzwalać inne narody.

Nasi bracia zrzeszeni w Solidarności zaczynają odczuwać trudności, które płyną już nie z zewnątrz, ale raczej od wewnątrz, z ludzkich słabości, z egoizmu, z najrozmaitszych żądz, które biorą górę nad szukaniem dobra wspólnego. Nasi przeciwnicy o tym wiedzą, dlatego podsycają rozmaite tego rodzaju postawy, żeby od wewnątrz rozbić ten wysiłek. A my powinniśmy wszędzie „penetrować”, w dobrym tego słowa znaczeniu, szeregi Solidarności. Nie żeby dojść do władzy. My nie chcemy władzy. My chcemy tylko służby, po to, żeby pomagać naszym braciom, przez bezinteresowną służbę, przez branie na siebie rozmaitych odpowiedzialności, przez dawanie przykładu pracy, z zachowaniem czystych rąk, czystej intencji. Według tej miłości, którą dał nam Bóg Ojciec, sprawiający, że słońce świeci nad złymi i dobrymi, a deszcz spada na sprawiedliwych i niesprawiedliwych (Mt 5, 45 – 46).

Nie naszą rzeczą jest sądzić. Naszą rzeczą jest świadczyć, świadczyć tak jak słońce, o miłości i dobroci Boga, świadczyć przez prostą, pokorną służbę z wykluczeniem własnych interesów, własnego egoizmu. Świadczyć s tą gotowością, o której mówi Chrystus: Jeżeli cię uderzy ktoś w prawy twój policzek, nadstaw mu i drugi. Jeżeli zmusza cię ktoś, byś szedł z nim tysiąc kroków, idź z nim i drugie dwa (Mt 5, 41). Jedynie tą bronią możemy zwyciężyć zło, bo cała ta potęga, z którą się zmagamy, to przede wszystkim potęga duchowa, ale pochodząca od złego duch. Opiera się ona właściwie na dwóch filarach, na dwóch kolumnach. Jedna nazywa się kłamstwo, a druga – strach. Przez odważne świadectwo dawane prawdzie ugodzimy w źródło jego potęgi złego ducha.

To jest nasza droga. Trzeba, żebyśmy zaangażowali się w tym kierunku. Musimy z jednej strony, jak zawsze, myśleć o programie formacyjnym, żeby w nas dojrzewał i wzrastał nowy człowiek, ale równocześnie muszą powstawać wszędzie diakonie, małe zespoły – chociażby trzyosobowe – które konkretnie w danej parafii podejmą diakonię wyzwolenia przez zwalczanie alkoholizmu, przez obronę życia, przez dawanie świadectwa prawdzie, rozpowszechnianie słowa prawdy; zespoły, które podejmą też diakonię modlitwy, diakonię miłosierdzia wobec ludzi potrzebujących naszej pomocy. To będzie owoc, o którym mówi Chrystus, który ma się w nas objawić i ma w nas trwać. Musimy dokonać tego zrywu, bo chwila, w jakiej żyjemy, jest jedyna. Jest to chwila historyczna, której nie można zmarnować. Ta chwila potrzebuje naszego świadectwa prawdy, miłości, odwagi, by wyzwolić siebie i innych na tej drodze, która jest drogą pewną i musi doprowadzić do zwycięstwa.

Dlatego zamiast spekulować i kombinować, co będzie, a co by mogło być, co by było, gdyby itd., trzeba iść prostą drogą świadczenia o prawdzie w miłości. W każdym wypadku będzie to droga wyzwolenia dla nas i dla innych. A gdy ofiarnie wielu ludzi na nią wkroczy, stanie się drogą wyzwolenia całego naszego narodu, a także wyzwolenia innych narodów przez świadectwo i posługę naszego narodu, a także wyzwolenia innych narodów przez świadectwo i posługę naszego narodu. Bo „wiele jest serc, które czekają na ewangelię”. Wiele jest narodów, które czekają na tego rodzaju świadectwo: wypływające z mocy miłości Chrystusa; świadectwo, które wzbudza w naszych sercach Jego Duch.

O wierze

Jako chrześcijanie jesteśmy współnamaszczeni
z Chrystusem namaszczonym,
który powołał nas, uzdolnił i posłał,
abyśmy wraz z Nim współdziałali w zbawianiu świata
w tej godzinie i w aktualnych sytuacjach.
Dlatego też nie wolno nam
pojmować naszej wiary jako ucieczki do wnętrza,
do uszczęśliwiającej „ja – Ty – relacji” z Jezusem,
lecz mamy do niej widzieć wezwanie
do przyjęcia wespół z Chrystusem Sługą
służby wobec naszych braci,
aby ich przez naszą odpowiedzialna miłość
i gotowość do ponoszenia ofiar,
mocą krzyża Chrystusowego
prowadzić do zbawienia i wyzwolenia.
Nasz osobowy stosunek do Boga Ojca
przez Chrystusa w Duchu Świętym
jest przy tym ciągłym źródłem mocy,
odwagi i gorliwości
w tej służbie wyzwolenia.
W Piśmie Świętym wiara przedstawiana jest zawsze
jako wezwanie do „ja – Ty – relacji” z Bogiem,
a równocześnie jako namaszczenie do służby
w dziele wypełniania owego planu zbawczego
w konkretnym hit et nunc historii.
Inaczej mówiąc,
wiara musi być pojmowana
jako udział w samoświadomości Jezusa Chrystusa,
którą On objawił w synagodze w Nazarecie
na początku swej mesjańskiej działalności:
Duch Pański spoczywa na Mnie,
ponieważ mnie namaścił
i posłał Mnie,
abym ubogim niósł Dobrą Nowinę,
więźniom głosił wolność,
a niewidomym przejrzenie,
abym uciśnionych odsyłał wolnych,
abym obwoływał rok łaski od Pana (Łk 4, 18 – 19).
Tak rozumiana wiara chrześcijańska
Jest wydarzeniem historycznym
i odznacza się historiotwórczą mocą.

O świadectwie

Jeżeli uwierzyliśmy w Chrystusa naprawdę, to musimy mieć pokój. Jeżeli uwierzyliśmy w Chrystusa, a mimo to lękamy się jeszcze ciągle różnych rzeczy, to znaczy, że jeszcze w pełni, w sensie biblijnym nie uwierzyliśmy w Chrystusa. […]
Jeżeli rzeczywiście wierzymy,
to wtedy nasze życie
samo przez się staje się świadectwem.
Jeżeli potrafię pójść do tych ludzi,
z którymi się spotykam,
a którzy są kłębkiem nerwów,
czują się zagubieni
i nie potrafią sprostać problemom życiowym,
jeżeli potrafię wobec nich pokazać
ten pokój głęboki
płynący z uwierzenia w Ewangelię Chrystusa,
to wtedy jest to świadectwo,
które może tym ludziom pomóc.
Jeżeli natomiast ja sam wpadam w ich styl lęku,
narzekania, zabezpieczania się,
to moje świadectwo jest negatywne –
pokazuję im,
że wiara na nic się nie przyda w konkretnym życiu,
bo nie rozwiązuje problemów.

O tych, co przed nami

Nehemiasz

Słowa Nehemiasza, syna Chakaliasza:

Oto gdy w miesiącu Kislew roku dwudziestego byłem w twierdzy Suza, przyszedł z Judy Chanani, jeden z braci moich, wraz z innymi. I spytałem ich o tych Żydów ocalałych, którzy uniknęli uprowadzenia, i o Jerozolimie. I powiedzieli mi: Ci pozostali, którzy w tamtejszym okręgu uniknęli uprowadzenia, znajdują się w wielkiej biedzie i pohańbieniu; mur Jerozolimy jest zburzony, a bramy jej są ogniem spalone.

I oto, gdy to usłyszałem, usiadłem, płakałem i trapiłem się całymi dniami, pościłem i modliłem się w obecności Boga niebios. I powiedziałem: Ach, Panie, Boże niebios, Boże wielki i straszny, dotrzymujący przymierza i otaczający opieką tych, którzy Cię miłują i zachowują Twoje przykazania. Niechże będzie ucho Twoje uważne i oczy Twoje niech będą otwarte, abyś wysłuchał modlitwę sługi Twego, którą ja teraz dniem i nocą zanoszę do Ciebie za sługi Twoje, Izraelitów, składając wyznanie w sprawie przestępstw Izraelitów, któreśmy wobec Ciebie popełnili; również i ja i mój ród zgrzeszyliśmy. Bardzo źle postąpiliśmy wobec Ciebie: nie zachowaliśmy przykazań ani praw, ani przepisów, które wydałeś słudze Twemu Mojżeszowi. Wspomnijże na zapowiedź, którąś ogłosił słudze twemu Mojżeszowi: Jeśli wy się sprzeniewierzycie, to Ja rozproszę was między narody. Lecz jeśli się do Mnie nawrócicie i zważać będziecie na moje przykazania, i będziecie je wykonywali, to choćby rozproszeni wasi znajdowali się na krańcu niebios, stamtąd zgromadzę ich i zaprowadzę na miejsce, które wybrałem, aby tam uczynić przybytek dla mego Imienia. Albowiem oni są sługami Twoimi i ludem Twoim, który odkupiłeś Twoją wielką mocą i potężną ręką. Ach, Panie, niechże będzie ucho Twoje uważne na modlitwę Twojego sługi i na modlitwę sług Twoich, pragnących czcić Twoje Imię! Poszczęśćże teraz słudze Twemu! Daj, abym pozyskał względy tego człowieka. Byłem bowiem podczaszym królewskim.

I oto, gdy w miesiącu Nisan dwudziestego roku panowania króla Artakserksesa wykonywałem swój urząd, wziąłem wino i podałem królowi, i w jego obecności nie okazywałem smutku. Lecz król mi rzekł: Czemu tak smutno wyglądasz? Przecież nie jesteś chory! Nie, lecz masz jakieś zmartwienie? I przeraziłem się do najwyższego stopnia, i rzekłem królowi: Niech król żyje na wieki! Jakże nie mam smutno wyglądać, gdy miasto, gdzie są groby moich przodków, jest spustoszone, a bramy jego są strawione ogniem. I rzekł mi król: O co chciałbyś prosić? Wtedy pomodliłem się do Boga niebios i rzekłem królowi: Jeśli to odpowiada królowi i jeśli sługa twój ma względy u ciebie, to proszę, abyś mnie posłał do Judy, do grodu grobów moich przodków, abym go odbudował. I rzekł mi król, podczas gdy królowa siedziała obok niego: Jak długo potrwa twoja podróż? I kiedy powrócisz? I król, gdy podałem mu termin, raczył mnie wyprawić. I rzekłem królowi: Jeśli to odpowiada królowi, proszę o wystawienie dla mnie listów do namiestników Transeufratei, aby mnie przepuścili, aż przyjdę do Judy; – również pisma do Asafa, zawiadowcy lasu królewskiego, aby mi dał drewna do sporządzenia bram twierdzy przy świątyni, bram muru miejskiego i domu, do którego się wprowadzę. I król mi zezwolił, gdyż łaskawa ręka Boga mojego czuwała nade mną. (Ne 1, 1-2,8)

Cóż wspólnego może mieć ta historia z zamierzchłych czasów, opisana w Księdze Nehemiasza, z sytuacją, którą przeżywamy dzisiaj w naszym narodzie?

Jest to słowo Boże. Jest to historia święta, historia zbawienia, w której przez ludzi działa Bóg. Dlatego objawia ona pewne prawa Bożego działania. Prawa te są zawsze aktualne, mogą być zastosowana do różnych sytuacji, w różnych epokach, jeżeli w duchu wiary odczytamy te wydarzenia, żeby w nich odkryć Boży sposób myślenia, Boży sposób oceniania wydarzeń i Boży plan działania.

Narzędzie planów zbawczych

Nehemiasz jest jednym z wielu ludzi, których Bóg wybrał i powołał jako swoje narzędzie. My, należący do nowego ludu Bożego, musimy wierzyć, że wszyscy jako członkowie Kościoła jesteśmy wezwani, wybrani przez Boga, abyśmy byli narzędziem jego planów zbawczych w tym momencie historii, w którym żyjemy. Dlatego możemy z historii Nehemiasza wyciągnąć pewne zastosowanie do naszej sytuacji. Spróbujmy tak odczytać tę historię, jakbyśmy my byli tym Nehemiaszem, do którego Bóg kieruje dzisiaj swoje wezwanie.

Nehemiasz przebywał na wygnaniu, ale ciągle myślał o dli swojego ludu. Wykorzystywał każdą okazję, żeby się dowiedzieć czegoś o nim. Kiedy przyszedł z Judy jeden z jego braci, spytał go: co się dzieje w Jerozolimie, w ojczyźnie, i usłyszał: „Ci pozostali, którzy w tamtejszym okręgu uniknęli uprowadzenia, znajdują się w wielkiej biedzie i pohańbieniu; mur Jerozolimy jest zburzony, a bramy jej są ogniem spalone.” I oto, gdy to usłyszałem, usiadłem, płakałem i trapiłem się całymi dniami, pościłem i modliłem się w obecności Boga niebios.

Zapytajmy siebie: czy my podobnie odpowiedzialnie myślimy o naszym narodzie, o Kościele w naszym narodzie? Czy nie mamy raczej postawy: cóż mnie to obchodzi? Czy nie troszczymy się tylko o swoje własne, prywatne sprawy? Czy nawet naszej religii, naszego chrześcijaństwa nie traktujemy jako sprawy osobistej, prywatnej?

Myśleć i odczuwać z Chrystusem

A tymczasem być chrześcijaninem, to znaczy należeć do Chrystusa, i myśleć, i czuć w swoim sercu razem z Chrystusem. To znaczy myśleć z troską, z poczuciem odpowiedzialności o braciach: o całym naszym narodzie, o całym Kościele, a nawet o całej rodzinie ludzkiej. Chrześcijanin – ten, który jest Chrystusowy, nie może już prowadzić życia prywatnego, nie może już zamknąć się w swoim świecie i myśleć sobie: „niech na całym świecie wojna, byle polska wieś spokojna”, niech się dzieje co chce, ja wiem, to mi wystarczy, co mam zrobić, żeby siebie zbawić: spełnić przykazania, które obowiązują.

Największy grzech nas chrześcijan, katolików, członków Mistycznego Ciała Chrystusa, członków wspólnoty Kościoła to ten, że każdy z nas zamyka się w swoim małym świecie, wyłącza ze swojej świadomości sprawy dobra ogólnego, sprawy braci, Kościoła, narodu, i myśli: niech się inni o to martwią. Brakuje nam postawy Nehemiasza.
Ci pozostali, którzy w tamtejszym okręgu uniknęli uprowadzenia, znajdują się w wielkiej biedzie i pohańbieniu; mur Jerozolimy jest zburzony, a bramy jej są ogniem spalone. Czyż to nie jest powiedziane o nas, o naszej sytuacji? Czyż nie znajdujemy się w wielkim pohańbieniu, w wielkiej biedzie? Czy mur Jerozolimy nie został już zburzony, a bramy, czy nie zostały ogniem spalone? Jaka jest nasza sytuacja?

Nasza sytuacja

Coraz więcej ludzi zapomina o swoim chrzcie świętym i już nie wyznaje w życiu Chrystusa. W wielu częściach naszej Ojczyzny kościoły pustoszeją. Są miasta, rejony, w których 60, 70, 80, 85% ludzi, którzy byli ochrzczeni, i może jeszcze podaje, że są katolikami, w praktyce jest niewierzących, nie praktykujących, ich życie zaprzecza Ewangelicznej hierarchii wartości.
Czy możemy powiedzieć, że nasz naród jest wierzący, skoro jesteśmy narodem jednym z najbardziej zalkoholizowanych na całym świecie. Codziennie kilka milionów ludzi pijanych na naszych ulicach, w naszych domach.

Gubernator Frank, który snuł plany, jak zniszczyć naród polski, powiedział kiedyś w gronie zaufanych współpracowników: jeżeli doprowadzimy Polaków do tego, że będą wypijali 4,5 l alkoholu w skali rocznej w przeliczeniu na 1 mieszkańca, to za 25 lat problem Polaków będzie dla nas rozwiązany, naród polski przestanie istnieć.
Jeżeli nie podejmiemy żadnego przeciwdziałania, spełni się to, co przewidywał gubernator Frank. Cały naród znajdzie się na dnie rozkładu spowodowanego przez alkoholizm i cały szereg zjawisk pochodnych.
Znajdujemy się w wielkiej biedzie i pohańbieniu; mur Jerozolimy jest zburzony. Mur sumienia, mur przykazań Bożych, mur norm etycznych. Gdzie są te mury, które kiedyś stały mocno na straży życia ludzkiego, na straży wartości osoby ludzkiej? Dzisiaj te muru padły.

Mur Jerozolimy zburzony. Przykazania Boże stały się pośmiewiskiem. Książki w sposób, który się nawet w głowie nie mieści, wykpiwają podstawowe normy etyczne, zwłaszcza w dziedzinie VI przykazania, i to jest lektura obowiązkowa dla dzieci, dla młodzieży w szkołach, masowo rozpowszechniana w każdym kiosku. Dawniej byłyby zaliczone do literatury zbrodniczej, za ich rozpowszechnianie karano by ludzi więzieniem, a dzisiaj karze się tych, którzy nie wypełniają normy w sprzedawaniu takiej literatury. Prawdziwy zalew, zaplanowana, zaprogramowana akcja niszczenia murów Jerozolimy, to jest norm etycznych, przykazań Bożych. Tu i tam wznoszą się jeszcze szczątki murów. Z tym większą wściekłością atakuje się je, żeby padły.

Bramy ogniem spalone. Kiedyś każda rodzina, każde ognisko rodzinne było taką bramą, przez którą nie mogły wejść siły niszczące. Dzisiaj każda rodzina posiada taką otwartą bramę, którą jest telewizor, i wszystkie złe wpływy przez nie wchodzą. Wszystko wchodzi do każdej twierdzy rodzinnej, do każdego domu rodzinnego.
Mur Jerozolimy jest zburzony, a bramy jej są ogniem spalone. Znajdujemy się w wielkim pohańbieniu, w wielkiej biedzie. To jest prawda. A jak my się wobec tej prawdy zachowujemy?

Nasza postawa

Spójrzmy na Nehemiasza. I oto, gdy to usłyszałem, usiadłem, płakałem i trapiłem się całymi dniami, pościłem i modliłem się w obecności Boga niebios.
Czy my potrafimy tak myśleć, czy czujemy się odpowiedzialni za to wszystko? Przecież to jest nasza sprawa, nasza rodzina, nasz naród, Kościół, Ciało Mistyczne Chrystusa. Czy możemy umyć ręce i powiedzieć, że to oni? Czy nie jesteśmy podobni do faryzeuszy, którzy z boku obserwują, co się dzieje, i robią złośliwe uwagi? W Kościele słyszymy listy pasterskie, kazania, słyszymy głosy podnoszące alarm. Czy czasem nie reagujemy na nie podobnie jak ten faryzeusz, który stał w świątyni przed ołtarzem i modlił się: Dziękuję Ci, Boże, że nie jestem jako inni ludzie, jako ci celnicy, cudzołożnice; że nie jestem jak te kobiety, co mordują dzieci, jak ten pijak. I wychodzimy zadowoleni z kościoła, że znowu słyszeliśmy o tych bezbożnikach, ateuszach, o tych, którzy niszczą nasz naród, ale przecież to nie my; my jesteśmy niewinni, umywamy ręce. Czy tak być może, czy wolno nam zachowywać taką postawę?

A co robił Nehemiasz? Najpierw zaczął się modlić do Boga: Panie, Boże niebios, Boże wielki i straszny, dotrzymujący przymierza i otaczający opieką tych, którzy Cię miłują i zachowują Twoje przykazania. Niechże będzie ucho Twoje uważne i oczy Twoje niech będą otwarte, abyś wysłuchał modlitwę sługi Twego, którą ja teraz dniem i nocą zanoszę do Ciebie za sługi Twoje, Izraelitów, składając wyznanie w sprawie przestępstw Izraelitów, któreśmy wobec Ciebie popełnili; również i ja i mój ród zgrzeszyliśmy. Bardzo źle postąpiliśmy wobec Ciebie: nie zachowaliśmy przykazań ani praw, ani przepisów, które wydałeś słudze Twemu Mojżeszowi.

Uznanie winy. Zadośćuczynienie

Również ja i mój ród zgrzeszyliśmy – taka powinna być nasza pierwsza reakcja. Solidarnie – jesteśmy jednym narodem, jedną rodziną – musimy pokutować za grzechy innych. Im bardziej ktoś jest zdolny zrozumieć, co to jest grzech, im bliżej ktoś stoi Boga, tym bardziej powinien się czuć odpowiedzialny za grzechy braci i pokutować za innych i za swoje grzechy. To jest pierwsza odpowiedź: uznać naszą winę, naszą współwinę, naszą współodpowiedzialność. „Bardzo zgrzeszyłem myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem”. – Któż z nas może powiedzieć, że nie zgrzeszył w tych sprawach przez zaniedbanie? Musimy stanąć przed Bogiem w poczuciu naszej winy, przyjąć pokutę za braci, zacząć przebłaganie wobec Boga, by upraszać Jego miłosierdzie. W tym sensie wszyscy musimy przyjąć postawę Nehemiasza. To jest wzór dla nas. Nie ma innej drogi ratunku. Gdyby Bóg znalazł dziesięciu sprawiedliwych… ale nie znalazł nawet tych dziesięciu.
Wobec Boga jesteśmy jedną rodziną i jedni za drugich mogą dać zadośćuczynienie. Zwłaszcza jeżeli łączymy się w wierze z zadośćuczynieniem Chrystusa, jako członkowie jego Ciała Mistycznego.

Konkretny plan

Na tym jednak nie kończy się odpowiedź Nehemiasza. On powziął konkretny plan działania. Postanowił pójść tam, gdzie są mury zburzone, bramy spalone, aby podjąć dzieło odnowy, odbudowy. Najpierw szukał kogoś, kto by dał mu listy polecające. Udał się więc do króla i prosił aby znalazł łaskę w jego oczach: „Poślij mnie”.
My jako ruch odnowy, Światło – Życie, my którzyśmy otrzymali tyle darów i łask, musimy poczuć się odpowiedzialni w modlitwie, w ekspiacji, w zadośćuczynieniu, a także w podejmowaniu inicjatyw, dzieł odnowy. Chcielibyśmy dotrzeć do wszystkich ludzi w naszej Ojczyźnie z pukaniem, wołaniem, aby Chrystus wszedł do serc tych, którzy Go nie znają albo o Nim zapomnieli, aby głębiej wszedł do serc tych, którzy już Go przyjęli. Po przygotowaniu przez ewangelizację, przez głoszenie wiary Chrystusa – chcemy podjąć dzieło Krucjaty Wyzwolenia Człowieka z nałogów: z alkoholizmu, nikotynizmu, innych nałogów, które poniżają godność człowieka i czynią go niewolnikiem. Chcemy mocą Chrystusa wyzwalać naszych braci z niewoli kłamstwa, z zakłamania, a przede wszystkim z lęku, który nie pozwala ludziom postępować zgodnie z powołaniem dzieci Bożych. Ten lęk najbardziej nas poniża, bo ostatecznie tylko lęk czyni nas niewolnikami, a przecież: Nie otrzymaliście przecież ducha niewoli, by się znowu pogrążyć w bojaźni, ale otrzymaliście ducha przybrania za synów, w którym możemy wołać: „Abba, Ojcze” (Rz 8, 15)

Odbudowa i walka

Taki jest przed nami program, wspaniały, wielki, Śmiały; program na miarę potrzeb, na miarę zagrożenia naszego narodu. Dlatego ufamy, że Księga Nehemiasza jest wezwaniem Bożym skierowanym do nas na tę chwilę, w tym momencie. Jak Nehemiasz odbudowywał mur Jerozolimy, odcinek po odcinku, metr za metrem, według dokładnego, precyzyjnego planu, tak i my chcemy odbudowywać przez ewangelizację, przez Ewangelię, bo Ewangelia buduje. Izraelici jedną ręką budowali, a drugą trzymali miecz, bo musieli walczyć z wrogami. My także odbudowując, chcemy równocześnie walczyć z wrogami. Nie z ludźmi, ale z tym co ludzi niewoli, z grzechem, z nałogami: alkoholizmem, wynaturzeniem w dziedzinie seksu; z tym wszystkim, co czyni człowieka niewolnikiem zła, grzechu, ostatecznie szatana.

Na miarę poprzedników

W naszych wspólnotach, w rodzinach czy indywidualnie, weźmy do ręki Księgę Nehemiasza i szukajmy tam natchnienia do modlitwy i do działania. Niech Duch Święty przemówi do nas przez słowa Pisma Świętego, przez tę historię świętą, żebyśmy na miarę wielkich postaci biblijnych potrafili odpowiedzieć Bogu naszą wiarą, ufnością, naszą modlitwą, poczuciem odpowiedzialności, naszym zaangażowaniem. Chrystus Pan, który swoim zadośćuczynieniem Bogu Ojcu obejmuje cały świat, a w nim szczególnie nasz naród, nasz Kościół i nas wszystkich, niechaj udzieli nam swojej miłości, niechaj przez swego Ducha tchnie w nasze serca swoją miłość.

„Serce wielkie nam daj” – to prośba skierowana do Chrystusa. Niechaj to serce wielkie, które On nam da, objawi się w wielkim czynie, który mamy podjąć z miłości ku Niemu. Chrystusowi, który pyta nas: „Czy miłujesz Mnie, czy miłujesz mnie więcej niż inni, czy jesteś gotów ze Mną razem – jako moje narzędzie, dzieląc moją troskę zbawczą – iść ratować braci, naród, ratować tych, którzy giną?” – niech każdy odpowie w swoim sercu. A jeżeli jest gotowy, niech tę odpowiedź ukaże w znaku, aby stała się świadectwem i pociągała innych do podobnej odpowiedzi na pytanie Chrystusa.

Gedeon

Wstał więc o świcie Jerubbaal, czyli Gedeon, wraz z całym zgromadzonym ludem i rozbił obóz u źródeł Charod. Obozowisko Madianitów leżało na północ od pagórka More w dolinie. Pan rzekł do Gedeona: Zbyt liczny jest lud przy tobie, abym w jego ręce wydał Madianitów, gdyż Izrael mógłby przywłaszczyć sobie chwałę z pominięciem Mnie i mówić: Moja ręka wybawiła mnie. Wobec tego tak wołaj do uszu ludu: Ten, który się boi i drży, niech zawróci ku górze Gilead i chroni się. Tak więc odeszło z ludu dwadzieścia dwa tysiące, a pozostało dziesięć tysięcy. Rzekł Pan do Gedeona: Jeszcze zbyt liczny jest lud. Zaprowadź go nad wodę, gdzie ci go wypróbuję. Będzie tak: o którym powiem: Ten pójdzie z tobą! – on pójdzie z tobą. O którym zaś powiem: Ten nie pójdzie z tobą! – on nie pójdzie. Zaprowadził więc lud nad wodę, a Pan rzekł do Gedeona: Wszystkich, którzy będą wodę chłeptać językiem, podobnie jak pies, pozostawisz po jednej stronie, a tych wszystkich, którzy przy piciu uklękną, pozostawisz po drugiej stronie. Liczba tych, którzy chłeptali z ręki podnoszonej do ust, wynosiła trzystu mężów. Wszyscy inni pijąc zginali kolana. Rzekł wówczas Pan do Gedeona: Przy pomocy tych trzystu mężów, którzy chłeptali wodę językiem, wybawię was i w ręce twoje wydam Madianitów. Wszyscy inni mężowie niech wracają do siebie. Lud wziął ze sobą żywność i rogi, a Gedeon odesłał mężów izraelskich, każdego do swego namiotu, z wyjątkiem owych trzystu mężów. A obóz Madianitów znajdował się w dolinie poniżej jego stanowiska.

[…] Wówczas Gedeon rozdzielił owych trzystu mężów na trzy hufce, dał każdemu z nich do ręki rogi i puste dzbany, a w nich pochodnie. Patrzcie na mnie – rzekł im – i czyńcie to samo, co ja. Oto ja dojdę do krańca obozu, a co ja będę czynić, i wy czyńcie. Gdy zatrąbię w róg ja i wszyscy, którzy są ze mną, wówczas i wy zatrąbicie w rogi dokoła obozu i będziecie wołać: Za Pana i za Gedeona! Gedeon i stu mężów, którzy mu towarzyszyli, doszli do krańca obozu w chwili, gdy tuż po zmianie następowało czuwanie środkowej straży nocnej. Zatrąbili w rogi i potłukli dzbany, które trzymali w swych rękach. Natychmiast zatrąbiły w rogi także owe trzy hufce i potłukły dzbany. Wziąwszy zaś w lewą rękę pochodnie, a w prawą rogi, aby na nich trąbić, wołali: Za Pana i za Gedeona!
I przystanęli, każdy na swoim miejscu, dokoła obozu. Powstali wtedy wszyscy w obozie, poczęli krzyczeć i uciekać. Podczas gdy owych trzystu mężów trąbiło na rogach, Pan sprawił, że w całym obozie jeden przeciw drugiemu skierował miecz. Obóz uciekł do Bet-Haszszitta ku Sartan aż do granicy Abel-Mechola obok Tabbat.
 (Sdz 7, 1 – 8. 16 – 22).

Jaki ma związek ta historia z dalekich czasów z naszą dzisiejszą sytuacja? Bóg, który jest wiecznie żywy wypowiada swoje słowo w taki sposób, że jest zawsze aktualne i zawsze trafia w sytuację człowieka, w jakimkolwiek momencie historii byłoby ono proklamowane i głoszone.

Widmo zagłady

Sytuacja ludu Bożego, który urzeczywistnia się w narodzie polskim, jest podobna do tej, w jakiej wtedy znajdował się naród wybrany Starego Przymierza. Stoi przed nami dzisiaj wyraźne widmo zagłady narodu, ale przyczyną nie będzie wróg zewnętrzny, lecz my sami. Jeżeli nic się nie zmieni, jeżeli nie nastąpi jakiś nadzwyczajny zryw, to około roku 2050 nas Polaków będzie prawdopodobnie 18 milionów, a kilkadziesiąt lat później może nas nie być wcale.
Wiele próbowano już metod przeciwdziałania. Wiele było dyskusji, planów, postanowień, uchwał, ale jak dotąd: nic nie pomaga.

Ratunek

Skąd może przyjść ratunek? Zobaczmy, gdzie lud Boży Starego Przymierza szukał ratunku? W sytuacjach beznadziejnych prorocy zawsze kierowali wzrok narodu wybranego ku górze, ku Jahwe. I zaczynano wołać o ratunek do Boga. I nigdy się naród wybrany nie zawiódł. Bóg wkraczał w jego historię i przy pomocy wybranych narzędzi, za pomocą środków słabych, pozornie śmiesznych, nieproporcjonalnych do wielkości zagrożenia, objawiał swoją moc i wybawiał swój lud.
I oto dzisiaj jest chwila, kiedy musimy jako lud Boży, jako wierzący skierować oczy ku górze i podjąć na nowo walkę. Tak jak wojsko Gedeona, w imię Boga, dla Boga.

Przy pomocy tych trzystu mężów wybawię swój lud. Kto się boi, niech idzie do domu. Wybrał sobie Bóg trzystu ludzi, ale takich, którzy mieli odwagę. Mieli odwagę zaufać Bogu i podjąć walkę po ludzku beznadziejną. Było kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy. Kto się boi, niech idzie do domu – zostało dziesięć tysięcy. Ale i tych Bóg poddał próbie. Zostawił sobie trzystu mężów, ale takich, którzy zawierzyli, którzy poczuli się narzędziem w ręku Boga, którzy postawili na Jahwe. Oni niczego nie rozumieli. Kiedy Gedeon przedstawił im plan walki, wydawało im się to dziwne, może i śmieszne. Gedeon kazał im przygotować puste dzbany, pochodnie , rogi i powiedział tylko: czyńcie to, co ja będę czynił. A oni się poddali posłusznie temu planowi , bo byli przekonani, że pochodzi od Boga. Dlatego nie dyskutowali, nie mówili: ja mam lepszy plan, nie tak trzeba postąpić. Wszyscy czynili tak samo, jak ten, którego Bóg wybrał, postępowali według jego wskazań. Zawierzyli… i odnieśli wspaniałe zwycięstwo

Postawić na Boga

Nie inaczej będzie dzisiaj. Inaczej być nie może. Dlatego potrzebne jest dzisiaj nowo wojsko Gedeona. Trzeba dokonać mobilizacji w skali całego narodu i wezwać tych, którzy się nie boją i potrafią zawierzyć i zaufać Bogu, tych, którzy poddadzą się jednemu planowi działania i będą działać jednolicie ufając, że ten plan ratunku pochodzi od boga. Jeżeli tak się stanie, to możemy być pewni, ze Bóg nas wybawi przy pomocy tych swoich narzędzi. Trzeba nam powołać nowe wojsko Gedeona. Takim nowym wojskiem Gedeona ma się stać Krucjata Wyzwolenia Człowieka, która problem już przez wielu podejmowanych, podejmujemy w nowy sposób: w oparciu o słowo Boże, o Boże wezwanie, w oparciu o moc Chrystusa, który przyszedł odkupić i wyzwolić człowieka.

O Krucjacie Wyzwolenia Człowieka

Słowo „krucjata” pochodzi od łacińskiego słowa crux – krzyż. Jest w nim wyrażone nasze przekonanie, że wyzwolenie może przyjść tylko stamtąd, z mocy Krzyża. Wyzwolenia może dokonać tylko Ten, który na krzyżu wyzwolił nas z niewoli grzechu i śmierci. Krucjata, a więc ci, którzy staną pod krzyżem, pod krzyżem Chrystusa. Pod krzyżem Chrystusa stała Maryja, pod krzyżem Chrystusa z Maryją stoi Ojciec święty Jan Paweł II. Pod krzyżem z Maryją i z Ojcem świętym chcemy stanąć my, Krucjata Wyzwolenia Człowieka. Chcemy się oddać Chrystusowi jako narzędzie, aby przez nas objawił moc Krzyża ku wyzwoleniu człowieka. To jest fundament, to jest punkt wyjścia naszej Krucjaty Wyzwolenia Człowieka. Chodzi o Człowieka pisanego wielką literą. O tego człowieka, o którego upomniał się Ojciec Święty Jan Paweł II, któremu drogę ratunku ukazał na nowo w swojej encyklice Redemptorem hominis. W tym kontekście chcemy podjąć naszą Krucjatę Wyzwolenia Człowieka. 

Środek wyzwolenia

Środek, który chcemy przyjąć, może się wydawać śmieszny, tak jak ów dzban pusty i pochodnia w ręku wojska Gedeona. Ale jest to środek bardzo prosty, dostępny dla każdego. Jeżeli przyjmiemy go z wiarą i stworzymy wielką armię ludzi, którzy podejmą wspólnie ten środek walki, możemy ufać, że zwycięstwo będzie po naszej stronie. Ów prosty środek, dla każdego dostępny to wyrzeczenie się alkoholu, napojów alkoholowych we wszelkiej postaci. 

Czyn wyzwalający 

Będzie to konkretny czyn. Czyn, który najpierw nas wyzwoli. Nie z alkoholizmu, czy z jakiegoś pociągu do alkoholu, który już nas uzależnia, tak że jesteśmy już w pewnym stopniu alkoholikami. Najpierw musimy się wyzwolić spod powszechnego terroru pijackiego. Musimy się wyzwolić z lęku, który sprawia, że dorosły człowiek, mężczyzna, który może nawet ma na piersi krzyż Virtuti Militari, blednie na samą myśl, że w towarzystwie, gdzie będą go częstowali alkoholem, ma powiedzieć: dziękuję, ja nie piję. Wszyscy kapitulują. Wystarczy stu pijaków w parafii kilkunastotysięcznej, żeby wszystkich sterroryzować. Nikt nie ośmieli się wyłamać. Wszyscy się boją. Psychoza alkoholowa. Terror alkoholowy. Towarzyski przymus picia. Słowo „muszę”, które nas tak upokarza, najczęściej jest wypowiadane w tych sytuacjach: Muszę, musiałem wypić, nie było wyjścia. Ogromna armia niewolników. Najpierw ci, którym pić nie wolno – alkoholicy nałogowi. – Półtora miliona liczy ta armia niewolników. – Jest to pewnik naukowy, że dla każdego z nich jest tylko jedna droga ratunku: być abstynentem do końca życia, bo zawsze będzie alkoholikiem. Jeśli będzie miał odwagę odmówić sobie pierwszego kieliszka, jego problem będzie rozwiązany. Alkoholik może sobie odmówić pierwszego kieliszka ale nigdy drugiego. I chodzi właśnie o ten jeden kieliszek, bo on dla alkoholika jest sprawą decydująca. On jest dla alkoholika początkiem tragedii. Alkoholikowi jest potrzebny przykład, jest potrzebna moc, żeby zdołał wyrzec się właśnie tego jednego kieliszka. A tymczasem ogólne sprzysiężenie narodowe. 

„Muszę?” 

Nikt nie ma tylu obrońców w społeczeństwie, jak ten jeden kieliszek, pierwszy kieliszek. Można by zebrać całe tomy sloganów, powiastek, wierszyków wypowiadanych w obronie pierwszego kieliszka. Tylko tego pierwszego. Nikt nie broni pijaństwa, nikt nie propaguje alkoholizmu. Wszyscy sprzysięgli się, żeby bronić tego jednego kieliszka. Może nawet tylko pół kieliszka. Może tylko kilka kropelek. Może tylko zamoczyć usta, żeby w ten sposób pokłon oddać temu bożkowi, który zasiadł na tronie w naszym narodzie, i powiedzieć: muszę uznać jego panowanie, muszę się pokłonić, muszę skapitulować, nie ma wyjścia. I blady strach pada na ludzi odważnych, szlachetnych, mądrych, kiedy wyobrażają sobie sytuację, w której będą musieli powiedzieć „nie” wobec pierwszego kieliszka. I wszyscy mówią: „tak”, „muszę”. I dlatego ta ogromna armia, półtora miliona nieszczęśliwych alkoholików w naszym społeczeństwie, postawiona jest w sytuacji bez wyjścia. Bo nie można sobie wyobrazić, żeby alkoholik o osłabionej woli powiedział przy pierwszym kieliszku stanowczo „nie” . Bo wszyscy się rzucą na niego. A w niektórych okolicach, to nawet tak daleko się ludzie posuwają, że siłą wlewają do ust pierwszy kieliszek temu, kto ośmieli się powiedzieć: „nie, nie będę pił”. – „Muszę wypić!” tak właśnie przejawia się potęga alkoholu. 

Absurd! 

To jest jakaś psychoza, dlatego że takie postępowanie nie ma żadnego rozumnego uzasadnienia. Nikt nie może podać rozumnego argumentu, dla \czego ja mam wypić ten jeden kieliszek. „Na zdrowie”. – „Jak to, na moje zdrowie nie wypijesz?” – „Ależ człowieku, jeżeli mi udowodnisz, że ten jeden kieliszek ma cokolwiek wspólnego z twoim zdrowiem, to z miejsca wypiję”. Proszę mi to udowodnić, bo nie mogę tego zrozumieć. Czy naprawdę jest jakiś związek pomiędzy twoim zdrowiem a tym jednym kieliszkiem? Przecież to jest absurd zupełny. 
A ile tych absurdów się wygaduje bez przerwy w każdym towarzystwie. Nieraz w oazach mówimy o abstynencji, jako o postawie, która obowiązuje członków naszego ruchu, i wtedy zawsze wraca to nieśmiertelne pytanie: „A jak skończę 18. rok życia, czy wtedy będę mógł wypić ten jeden kieliszek?” – „człowiek, możesz, ale po co? Jakeś był mądry do 18. roku życia, dlaczego msz zgłupieć w 18. roku życia? Przedtem rozumiałeś, że to jest niepotrzebne, a teraz?” Albo inne tłumaczenie się: „Nie mogę, się włączyć do krucjaty bo mam być na chrzcinach”. „Nie mogę, bo będzie moje wesele, będę musiał wypić jeden kieliszek”. Skąd się to wzięło? Skąd taka psychoza? Skąd tyle nonsensów? Skąd tyle twierdzeń niczym nie uzasadnionych, absurdalnych? Wszyscy kapitulujemy. Nie ma odważnych. Potrzebne jest nowe wojsko Gedeona. Ludzie, którzy z uśmiechem, swobodą powiedzą: „to przecież żaden problem. Po prostu ja nie chcę pić i nie będę pił. I proszę mi podać jakiś argument za tym, żebym pił, albo wykazać mi, ze moja postawa jest nierozumna, nielogiczna, niekonsekwentna”. 

Odwaga w myśleniu 

Potrzebna jest odwaga, żeby myśleć, odwaga, żeby czynić zgodnie z tym, o czym się pomyślało. Rozum mi mówi, że to nie ma sensu, że to jest źródłem wielkiego zła, wielkiego nieszczęścia. Mam dosyć motywów, żeby powiedzieć „nie”. Wobec tego idę za światłem. Jestem wolny. 
Dzisiaj w naszym społeczeństwie jedynie abstynenci to ludzie wolni. Gdziekolwiek się znajdą, w jakimkolwiek towarzystwie, nie mają żadnych kompleksów, żadnego poczucia niższości. Są swobodni, weseli i oni zwyciężają. Oni są wolni i oni wyzwalają. 

Wolni wyzwalają 

Jeśli w towarzystwie znajdzie się jeden taki odważny, który powie: „nie piję”, to za nim pójdzie drugi, który pomyśli: „lekarz mi zakazał: moja wątroba, moje serce, nie muszę pić, bo jeden śmiały się znalazł i mnie wyzwolił”. A alkoholik, który wie, czym się skończy ten pierwszy kieliszek, również powie: „nie, nie muszę. Oto ten człowiek mi podał rękę. Mogę stanąć przy nim. Mogę też napełnić swój kieliszek sokiem czy wodą mineralną i wychylić toast na zdrowie gospodarza, jeśli mu tak bardzo na tym zależy”. Wtedy od razu jest duża część ludzi wyzwolonych. 
Każda taka decyzja, każde takie świadectwo abstynenta wyzwala. A jeżeli nas będzie tysiące, jeżeli nas będzie setki tysięcy, jeżeli nas będzie w końcu w skali narodowej około dwa miliony – dwa miliony odważnych, rozsądnych – wtedy złamie się terror alkoholu. Wtedy upadnie jego potęga. Naród będzie wyzwolony. Zrzucony zostanie ten przymus pijacki, który tak poniża godność naszego narodu.

Dlaczego ja? 

Rodzi się jednak pytanie: Dlaczego ja mam być tym śmiałym, dlaczego ja to mam zrobić? Niechby to zrobili inni! Owszem, to wszystko jest przekonujące, ale dlaczego akurat ja?! 
Odpowiedź jest prosta. Chrystus stawia nam pytanie: „czy miłujesz mnie więcej, aniżeli ci?” Jeżeli miłujesz więcej, to zrób coś więcej. Abstynencja nie jest twoim obowiązkiem. Jeżeli czasem wypijesz kieliszek wina przy jakiejś okazji, nie zgrzeszysz. Możesz, jesteś wolny. Nie ma takiego przykazania Bożego ani kościelnego, które by zakazywało. Kierowcę, który siada za kierownicę, ludzi chorych na pewne choroby, alkoholików obowiązuje zakaz picia, ale dla wszystkich obowiązku nie ma. Do wszystkich swoich wiernych natomiast, do swoich uczniów Chrystusa kieruje pytanie: „Czy miłujesz mnie więcej?” jeśli tak, to z miłości złóż ofiarę. Wyrzeknij się tego, co dla ciebie jest dozwolone. Złóż ofiarę. 

Ze względu na brata 

Czy rzeczywiście jest to Chrystusowi potrzebne? Czy oczekuje On takiej odpowiedzi? Posłuchajmy, co w podobnej sytuacji powiedział Święty Paweł. 

Jeżeli chodzi o pokarmy składane bożkom w ofierze, to oczywiście wszyscy posiadamy wiedzę. Lecz wiedza wbija w pychę, miłość zaś buduje. Gdyby ktoś mniemał, że coś wie, to jeszcze nie wie, jak wiedzieć należy. Jeżeli zaś ktoś miłuje Boga, ten jest również uznany przez Boga. Zatem jeśli chodzi o spożywanie pokarmów, które już były bożkom złożone na ofiarę, wiemy dobrze, że nie ma na świecie ani żadnych bożków, ani żadnego boga, prócz Boga jedynego. A choćby byli na niebie i na ziemi tak zwani bogowie – jest zresztą mnóstwo takich bogów i panów – dla nas istnieje tylko jeden Bóg, Ojciec, od którego wszystko pochodzi i dla którego my istniejemy, oraz jeden Pan, Jezus Chrystus, przez którego wszystko się stało i dzięki któremu także my jesteśmy. Lecz nie wszyscy mają wiedzę. Niektórzy jeszcze do tej pory spożywają pokarmy bożkom złożone, w przekonaniu, że chodzi o bożka, i w ten sposób kala się ich słabe sumienie. A przecież pokarm nie przybliży nas do Boga. Ani nie będziemy ubożsi, gdy przestaniemy jeść, ani też jedząc nie wzrośniemy w znaczenie. Baczcie jednak, aby to wasze prawo /do takiego postępowania/ nie stało się dla słabych powodem do zgorszenia. Gdyby bowiem ujrzał ktoś ciebie, oświeconego wiedzą, jak zasiadasz do uczty bałwochwalczej, czyżby to nie skłoniło również kogoś słabego w sumieniu do spożywania ofiar składanych bożkom? I tak to właśnie wiedza twoja sprowadziłaby zgubę na słabego brata, za którego umarł Chrystus. W ten sposób grzesząc przeciwko braciom i rażąc ich słabe sumienia, grzeszycie przeciwko samemu Chrystusowi. Jeśli więc pokarm gorszy brata mego, przenigdy nie będę jadł mięsa, by nie gorszyć brata. (1 Kor 8, 1 – 13) 

Zauważmy, że argumentacja św. Pawła jest taka sama. Człowieku, ze względu na słabego brata, nie będziesz jadł mięsa, chociaż wolno, bo ważniejsze jest zbawienie twego brata. Ważniejsze jest, żebyś dał mu przykład, żebyś uspokoił jego sumienie, żebyś mu podał rękę, bo on sobie nie radzi z tym problemem. Jest wśród nas mnóstwo słabych braci, alkoholików, potencjalnych alkoholików, tych których picie kończy się tragicznie. Mnóstwo słabych braci, którzy nie potrafią się sami oprzeć, nie potrafią zrozumieć, jak można nie pić. Wszyscy oni czekają, żeby ktoś im podał rękę.

Podać rękę słabemu bratu

W herbie Diakonii Wyzwolenia widnieją dwie splecione ręce. Przedstawione są nie tak, że jedna ręka jest wyciągnięta z góry ku drugiej ręce mdlejącej, opadającej, lecz obie ręce ułożone są w tej samej linii. Chodzi o ukazanie postawy: ja staję obok mego brata i z pozycji równości mówię do niego: Bracie, chodź ze mną. Rób tak jak i ja. Ja ci pomogę. Sam nie dałbyś rady, ale razem damy sobie radę. Stajemy nie tylko we dwójkę, bo nas, tych, którzy powiedzieli „nie”, którzy noszą taki znaczek, jest wielu. I potrzeba, żeby było wielu takich, którzy odpowiedzą na pytanie Chrystusa: „Czy miłujesz Mnie więcej?” – i z miłości do Chrystusa i ze swojej miłości do słabego brata wyrzekną się tego, co im wolno, żeby w ten sposób podać rękę słabemu bratu. I to jest konkretny czyn. 
Rozmawiałem kiedyś z panią, która po studiach psychologicznych na KUL pracowała w zakładzie leczenia alkoholików. Zapytałem ja: „Czy wy wymagacie od swoich pacjentów całkowitej abstynencji?” – „Oczywiście, co do tego nie ma dyskusji”. – „A personel zakładu? Chyba też praktykuje abstynencję?” – „Nie, nikt z nas nie praktykuje abstynencji, bo przecież nas to nie obowiązuje. Wszyscy piją umiarkowanie”. – I … uważają, że są w porządku. Potrafią popatrzeć w oczy swoich biednych pacjentów i powiedzieć: „Człowieku, nie pij, bo ty jesteś chory; ty jesteś wyrzutkiem społeczeństwa; tobie się nie wolno tknąć alkoholu; ty musisz wołać: trędowaty! Nie dawajcie mi alkoholu!” A personel to grupa ludzi zdrowych, o silnej woli, im wolno. Czy to jest postawa chrześcijańska? Czy tak się wyraża miłość? 

Z miłością Chrystusa

Jeżeli chcę kogoś podnieść, to muszę najpierw się schylić. Muszę tam być, gdzie on jest. Muszę stanąć obok niego, na tym samym fundamencie, a potem mogę go podnieść, podnosząc się razem z nim. Tylko tak możemy ratować, tak możemy wyzwalać, podając rękę słabym braciom. I to jest sens Krucjaty Wyzwolenia Człowieka. Nie trzeba żadnej długiej argumentacji, nie trzeba długich wywodów. Oczywiście, to co mówi medycyna, co mówią lekarze, co mówią inne nauki o szkodliwości alkoholu, tez jest potrzebne i pożyteczne, ale to wszystko nie wyzwoli żadnego ruchu odnowy. Nie stworzy armii ludzi odważnych. Tu trzeba spojrzenia na krzyż Chrystusa. Krucjata może się rodzić tylko z krzyża, ze spojrzenia na miłość Chrystusa, który dla nas tak się uniżył, że stał się posłusznym aż do śmierci, a była to śmierć krzyżowa (por. Flp 2, 8). Jeżeli ta miłość zawładnie naszym sercem, to da nam moc, abyśmy mogli wyzwalać innych. I wtedy staniemy się naprawdę w ręku Chrystusa nowym wojskiem Gedeona, przyniesiemy ratunek, wyzwolenie naszemu nieszczęśliwemu narodowi. 

Ruch Światło – Życie w Krucjacie Wyzwolenia Człowieka

Gdzie szukać takich ludzi, jeżeli nie w Ruchu Światło – Życie, jeżeli nie w oazach. Przecież tam mówimy ciągle o agape, o pięknej miłości, o bezinteresownej służbie, o wyrzeczeniu się siebie, swego egoizmu dla Chrystusa. 

Jeżeli nasza praca w oazach, w Ruchu Światło – Życie, jest pracą rzeczywistą, jeżeli w oazach działa Duch Święty, to potrzeba znaku zewnętrznego. Krucjata Wyzwolenia Człowieka musi wyjść z naszego ruchu. To jest logiczna konsekwencja, bo inaczej staniemy w pół drogi. Skończymy na pięknych, wzruszających przeżyciach oazowych, ale owoców w życiu nie będzie. Dlatego wielu ludzi już dzisiaj w naszym narodzie i w Kościele polskim patrzy z nadzieja na uczestników oazy. Ale musimy jeszcze bardziej się zmobilizować, poddać jednolitemu planowi działania i wielkodusznie, radośnie podjąć to wezwanie: „Serce wielkie nam daj, zdolne objąć świat”. Trzeba nowych ludzi, którzy właśnie pokażą swoje nowe człowieczeństwo w świadectwie agape, w miłości ofiarnej, wyrzekającej się, podającej rękę słabym. Ojciec Święty liczy na nas. Z takim smutkiem i z takim gorącym apelem zwrócił się do nas: „Polacy, odrzućcie to wszystko, co poniża godność człowieka, co może zagrażać aż egzystencji naszego narodu”. A w swojej homilii na Błoniach krakowskich tak wołał do narodu: „Polacy, nie pozwólcie sobie odebrać tej wolności, którą was obdarował Chrystus!” A my pozbawiamy się tej wolności. Popełniamy narodowe samobójstwo. Musimy się obudzić. Rzeczywistość musi wstrząsnąć naszym sumieniem, ale przede wszystkim musi wstrząsnąć nami to pytanie Chrystusa: „Czy miłujesz Mnie? Czy miłujesz Mnie więcej niż ci?”. 

Każdy z nas musi dać Chrystusowi odpowiedź. Albo zaraz, albo później, po przemyśleniu sprawy. Niech to będzie odpowiedź modlitwy, która będzie wyznaniem naszej wiary w moc Chrystusa, ale niech to będzie także odpowiedź czynem. Ci z nas, którzy są gotowi, niech złożą Chrystusowi swoją deklarację włączenia się do Krucjaty Wyzwolenia Człowieka. A potem głośmy wszędzie, odkrytą przez nas drogę ratunku. 

Bóg, nasz Pan nie przestał królować, działa nadal Jego moc i przez swoje narzędzia, przez nowe wojsko Gedeona, Bóg nas wyzwoli. 

Znaki Krucjaty Wyzwolenia Człowieka

Księga Czynów Wyzwolenia – zawiera nazwiska tych, którzy zadeklarowali swoją abstynencję i przynależność do Krucjaty Wyzwolenia Człowieka. Ojciec Święty Jan Paweł II wpisał do niej swoje błogosławieństwo. Uczynił to 7 czerwca 1979r. w Oświęcimiu po modlitwie w celi śmierci o. Maksymiliana Kolbego, Patrona Krucjaty. Swoim błogosławieństwem Ojciec święty objął tych, których nazwiska już widniały w Księdze, jak i tych, których nazwiska znajdą się w niej w przyszłości. 
Kościół – wotum. Wybudowanie tego kościoła jako wyrazu wdzięczności za wyzwolenie narodu od klęski alkoholizmu ślubowali Maryi członkowie Krucjaty Wyzwolenia Człowieka już w dniach proklamowania Krucjaty. 

Kamień węgielny pod jego budowę został wzięty od grobu św. Stanisława, biskupa i męczennika, patrona Krucjaty. 
Herb – nawiązuje do herbu papieskiego Jana Pawła II. Krucjata Wyzwolenia Człowieka jest bowiem odpowiedzią na apel Ojca Świętego, skierowany do Polaków: „o przeciwstawieniu się wszystkiemu , co uwłacza ludzkiej godności.” Herb ma kształt tarczy, na której wyrysowany jest krzyż. Pod krzyżem umieszczona jest z prawej strony litera „M” – oznaczająca Maryję (jak w herbie papieskim) a z lewej – litera „m” – oznaczająca „my”, członkowie Krucjaty Wyzwolenia człowieka. W górnej części tarczy wpisane są słowa „nie lękajcie się!”

Nie lękajcie się

Wezwanie „Nie lękajcie się!” musimy odczytywać w bardzo szerokim wymiarze. W pewnym sensie było to wezwanie pod adresem wszystkich ludzi, wezwanie do przezwyciężenia lęku w globalnej sytuacji współczesnego świata, zarówno na Wschodzie, jak i na Zachodzie, na Północy i na Południu. Nie lękajcie się świata tych wszystkich ludzkich wytworów, które coraz bardziej staja się dla człowieka zagrożeniem! Nie lękajcie się wreszcie siebie samych!” […]

Dlaczego mamy się nie lękać? Ponieważ człowiek został odkupiony przez Boga.

Kiedy wypowiadałem te słowa na Placu św. Piotra, miałem już świadomość, ze pierwsza Encyklika oraz cały pontyfikat musi być związany z prawdą o Odkupieniu.

W tej prawdzie jest najgłębsza afirmacja owego: „Nie lękajcie się!”: Bóg umiłował świat – tak umiłował, że Syna swego Jednorodzonego dał (por. J 3, 16). Ten Syn trwa w dziejach ludzkości jako Odkupiciel. Odkupiciel przenika całe dzieje człowieka, również przed Chrystusem i przygotowuje Jego eschatologiczną przyszłość. Jest tym światłem, które w ciemnościach świeci i żadne ciemności nie potrafią jej ogarnąć (por. J 1, 5). Potęga Chrystusowego krzyża i zmartwychwstania jest zawsze większa od wszelkiego zła, którego człowiek może i powinien się lękać.
Po tym wszystkim, co powiedziałem, mógłbym zamknąć swą odpowiedź w takim paradoksie: ażeby wyzwolić człowieka współczesnego od lęku przed sobą samym, przed światem, przed innymi ludźmi, przed potęgami tego świata, przed systemami, przed tym wszystkim, co jest symptomem niewolniczego lęku tak zwanej siły wyższej, którą człowiek wierzący nazywa Bogiem, trzeba temu człowiekowi z całego serca życzyć, aby nosił i pielęgnował w swym sercu tę bojaźń Bożą, która jest początkiem mądrości.